Thursday, February 07, 2008

Roztopy


Nad Bugiem kra. I żółta łąka. Kra co wygląda jak styropian. I łąka co wygląda jak późnym latem, tylko nic nie bzyczy. Cisza jak makiem zasiał na tej łące. I słońce, które wali prosto w twarz. Przegrałam konkurs w rzucie kamieniem po oblodzonym jeziorze. I spektalkularnie ubabrałam się błotem na rozpuszczającej się nadbużańskiej trasie. Ale coś mi na tej łące, w tym słońcu, w tym błocie powiedziało, że będzie dobrze. I będzie. Bug mi świadkiem.

Wednesday, January 23, 2008

Sens przeżuwania

Chyba pełnia dziś. Taki księżyc. Ale ja tu nie o księżycu, bo się zaraz rozkleję, tylko o żołądku. Na ziemię trzeba wrócić. Żołądek to zadziwiająca rzecz. Jak jest dobrze, mieści się w nim wszystko. I mu nie jest wszystko jedno. Kanapeczka z łososiem, kawka z mlekiem, korpo-lancz w full opcji, a wieczorem ta przy świecach kolacja i morze wina. I jeszcze deser, koniecznie coś słodkiego, skrzętnie ukrytego na górnej półce. I dwa drinki, albo podwójny baileys‘ik. A jak źle, jak teraz, nie mieści się nic. W ogóle się żołądkowi w jego żołądkowym rozumowaniu nie mieści, że jedzenie czegokolwiek ma jakikolwiek sens. A już na pewno nie kanapeczek. Tym bardziej że bazarkowego łososia brak. Moja dieta ogranicza się do czekoladowego mleka. Prosto z pojemnika. Świetnie, i jak zdrowo! Nie będę pisać zbyt wiele o parówce na zimno, bo o tym to akurat wstyd. A więc czekoladowe mleko, kanapka obojętnie-z-czym od pana z kanapkami, i korpo-lancz. Bo, jak mówi Józek, niczego chyba w życiu oprócz korpo-lanczu nie można być pewnym. A na korpo-lancz właściwie tylko korpo-zupa „u pedałów“, bo żuć nie trzeba bezsensownie. No i na kolację dzoburowka z jabłkiem. Nie wzrusza mnie nic. Ani ciemne pieczywo z avocado, ani ukochane susi, ani nawet najulubieńsze morskie potwory typu krewetka. Jem żeby przeżyć i się nie potykać. I tu – ironia losu. Bo jak jest dobrze i się człowiek chce podobać, a być jednocześnie podniebiennie usatysfakcjonowany, a zarazem piękny i szczupły, to trudność. A jak jest źle i się człowiek nie musi podobać nikomu, to się robi szczupły czy chce czy nie chce. Tylko nikt już nie podziwia smukłej talii, a koleżanki pytają z wyrzutem: Zarębska! Czy ty w ogóle jesz??? Trzy kilo w trzy tygodnie, dieta cud. Nikomu nie polecam.

Monday, January 21, 2008



Teraz ja, sama. Ja sama tu piszę. Czas to ściera, napisano tu kiedyś. Taki czas jak ten, może człowieka zetrzeć w drobny mak. A może zetrzeć z człowieka to wszystko, co boli, co jest nie tak, co nie powinno siedzieć w nim. Zależy jak podejść do czasu takiego jak ten. Można go wykorzystać, albo wykorzystać przeciwko sobie. Ja postanowiłam się z tym czasem tymczasem dogadać. Choć to taki kurwa ciężki czas. Próbuje go okiełznać, a jednocześnie dać mu płynąć. Zorganizować, a z drugiej strony pozwolić działać, jak to tylko czas potrafi. Kusi mnie, żeby oszukać czas. Żeby z nim walczyć może. Bo tego czasu nie chce, nie lubię, bo mnie dobija ten czas. Ale walka z czasem, czy ma sens? Na wszystko przychodzi czas. I na wygraną też kiedyś przyjdzie.

Na razie wypełniam czas jak mogę, Choć czasami nieubłagane minuty ciągną się w nieskończoność. Minuty tego cholernie ciężkiego czasu. Patrzę w lustro i szukam jego piętna. I przywołuję ten czas, kiedy było dobrze. Stare dobre czasy. A czas płynie. Do przodu, nie w tył, niestety, cofnąć się go nie da. Boże, ile ja mam teraz czasu. Niedziela zdecydowanie za długo trwa. Więc wypełniam czas planami, marzeniami, sobą, cokolwiek by się miało zdarzyć. Trzeba do przodu, nie wstecz. Nie tracę wiary. Ani, mam nadzieję, czasu. Teraz ja.

Thursday, October 11, 2007

Nasz ulubieniec był dla mnie inspiracją do zapełnienia bieli long sleeva. To teraz już nie jestem taki biały. ;)

Friday, October 05, 2007

szaro-zielono mi

Jesteśmy cząstkami wszechświata.

Zamknięci w betonowych blokach, przemieszczający się asfaltowymi drogami w metalowych pojazdach do innych betonowych budynków, które nazywamy biurami, ażeby tam usprawniać, ułatwiać i przyspieszać życie takich jak my. Wszystko w środowisku obcym naturze.

Na świecie wszystko dzieje się coraz szybciej. Podobno ludzie 10 lat temu chodzili po ulicach kilkanaście procent wolniej. Mniej czasu mamy dla siebie, bo robimy więcej rzeczy, czasem więcej rzeczy naraz. Przypomina to drżenie cząsteczek w podgrzewanej materii. Mnie już jest gorąco.
Słabe to.

My tak nie chcemy, czasem brakuje nam tlenu, wody i energii wszechświata. Szukamy jej, a jak już znajdziemy, to jesteśmy szczęśliwi. Bardzo.


Thursday, September 27, 2007

jesień nadchodzi


To piękna pora roku, szczególnie dla oka przesłoniętego obiektywem. W wolnych chwilach i w czasie ładnych dni tropimy czerwienie, brązy, żółcie oraz resztki zieleni.


No dobra, nie są to jeszcze takie resztki, powiedziałbym nawet, że gdzieniegdzie dominuje letnia zieleń. Dni nie są jeszcze wcale takie zimne, zdarza się po 20-25 stopni. Szkoda tylko, że Weronek coraz częściej wieczorami zapada w zimowy sen. ;)

To była jedna z weekendowych wycieczek. Arkadia leży niedaleko Łowicza, park założony przez Helenę Radziwiłową ponad 200 lat temu. Taki kaprys bogatej szlachcianki. Bo inne koleżanki też miały, a Izabela Czartoryska nawet dwa.

Anyway, park romantyczny w stylu angielskim jest cool miejscem, każda pora roku jest tu ładna. Wczesną jesienią polecamy piknikowe kosze, kocyk i herbatkę w termosie. Można się miło zrelaksować.

Friday, August 03, 2007

weekend uratowany przez pasy




miał to być uroczy weekend na mazurskiej działce z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. było fajnie. skończyło się na szczęście też dobrze.

relaks po tygodniu zapieprzania w fabryce. wódka, grill, anegdoty z czasów liceum, opowieści kolegi przesiadującego w korei, jak to tam życie i stosunki międzyludzkie wyglądają. w miarę przesiadywania w letniej altance stopień abstrakcji tematów i sformułowań wzrastał. wzanadrzuiwtajemni itakietam. przyszedł też czas na muzykę. wspólne zawodzenie do dźwięków gitary w zielonym ogrodzie nad mazurskim jeziorem. miodzio.

cały weekend nie zmącony wysiłkiem, okraszony śmiechem, relaksem i rozrywkami duchowo-działkowymi. w ramach pięknych miejsc wycieczka do malowniczych źródeł Łyny. miejsce magiczne.
niestety nasz niedzielny spokój skończył się, gdy pan w srebrnym audi wyjechał na drogę prosto pod koła skolimowego autka. ułamek sekundy i ta doskonała czasoprzestrzeń zmieniła się w kupę fruwającego żelaztwa, łzy i ból tkanek czterech podróżujących osób. na szczęście na bólu się skończyło. wszyscy wyszli cało, no może z wyjątkiem samochodu, który skończy zapewne dumnie na złomie. dumnie, bo wrakom obok będzie mógł powiedzieć, że uratował swoich pasażerów.



czas to ściera!

wszystko kurcze zapiernicza, chyba tunel czasoprzestrzenny zawęża się z wiekiem. poruszam się po coraz mniejszym skrawku mego miasta. w centrum nie byłem ze sto lat. praca, dom, dom, praca, sklep, dom, praca i tak bez końca te same trajektorie. wycieram te same bruki mojej dzielnicy, asfalt dolnej, puławskiej, posadzkę klatki schodowej, lastryko schodów. ścieram materię ziemii i przy okazji samego siebie. czas wszystko ściera.
to ściera!